ich dwoje
poprzez zastawki serca
widoczni na wylot
z profilu
oprawieni w ból jak w złoto
patrzą powieszeni
na astralnym gwoździu
noc jak ściana
za nimi
wszechświat z obojętnymi
oczyma gwiazd
i tylko oni — samotni
w odrapanym oknie
ziemskiej ulicy
a mówili że nie ma miłości kłamali że miłość umarła w sanatorium
śpiewającym karbolem na bardzo
ludzką gruźlicę
tymczasem
wysoko pod dachem
okno
z doniczką pelargonii
obrodziło czerwono miłość — posypała się płatkami
w dół
zaszeptała noc: dobranoc
zaszeleściła f
a w gałęziach dzikiego bzu
spały cicho zwinięte pąki
nie budźmy ich — powiedziałeś ciszej
od pomruków wiatru
drzemiącego nad łąką
nie budźmy ich — szepnęłam
i dałam ci znak powiekami
że pocałunki właśnie wzeszły
na świeżo zamiecionym niebie
we mgłę go wyprawiłam w deszcz co na rzęsach przysiadł a opowiadał pięknie o zakręcie rzeki i dom rysował paznokciem na gładkim blacie ulicy i podawał mi…
w jadowitym brzęku w szeleście traw w niezdarnych skrzydłach pszczoły miłość mieszka w pocałunki ubrana jak drzewo w krople rosnę i gdy myślę o tobie to tak…
jestem jak gwiazda gotowa w każdej chwili zsunąć się z nieba runąć we wszechświat jestem jak owoc dyni dojrzały gotów rozpęknąć i wydać ze swego wnętrza…